niedziela, 30 grudnia 2012

Dzieci w kościele

Dziś niedziela, a na dodatek Niedziela Świętej Rodziny, toteż postanowiłam napisać posta o uczestnictwie dzieci we mszy świętej. Myślę, że jest to dość skomplikowany temat, o dość podzielonych zdaniach. Niektórzy denerwują się jeśli bobas w kościele w ogóle się odezwie, niektórzy zaś uważają, że w ten sposób dzieci się modlą i nie widzą w tym nic złego.
Myślę, że nieraz byliśmy "gromieni wzrokiem" (lub nie tylko wzrokiem) przez dorosłych uczestników mszy świętej, za to, że nasze dzieci zachowują się nieodpowiednio, podczas gdy, naszym zdaniem, to zachowanie jeszcze nie wymagało wyjścia z kościoła. Z tej przyczyny wolimy czasem wybierać msze dziecięce, żeby przynajmniej nie mieć tylu wyrzutów sumienia, bo jak się komuś nie podoba to niech wybiera msze nie dla dzieci.
Ale także msze dziecięce są różne. Niektóre msze dziecięce przypominają raczej plac zabaw niż miejsce modlitwy: wiele dzieci je, pije, wymienia się zabawkami, organizuje wyścigi samochodowe. I choć dzieci na pewno się mniej nudzą, to jednak trudno nazwać to nauką uczestnictwa we mszy świętej.
Każdy może mieć swoje własne zdanie nie ten temat, każdy też ma inne dzieci - dla niektórych rodziców taka msza to jedyne wyjście, bo ich bobasy są aż tak żywe, że po prostu nie ma możliwości, by uczestniczyć w innej mszy. Trzeba przecież pamiętać, że dziecko w wieku 1-3 lata musi nudzić się gdy widzi tylko nogi ludzi, nie rozumie wszystkiego co się mówi, a poza tym jest ciekawe świata, chce pójść, pobiec, zobaczyć, powiedzieć, zawołać itd.
Trudno chyba tu o dobrą radę - myślę, że każdy musi mieć własny patent, włącznie z chwilową rezygnacją z mszy z dzieckiem. Zamiast tego warto pokazywać dzieciom kościoły poza mszami, kiedy jest pusto i można coś więcej wytłumaczyć, opowiedzieć, przyzwyczaić.
Jak było/jest u nas? Opowiem Wam o naszym doświadczeniu:
Zawsze chciałam już od pierwszych tygodni życia dzieci zaprowadzać je do kościoła - nie tylko z powodów religijnych, ale chciałam też jakby od razu przyzwyczajać chłopców, że uczestnictwo we mszy świętej jest czymś naturalnym i normalnym. Gdy Franio i Jacek byli niemowlakami było to bardzo proste, bo dzieci głównie spały lub szło je łatwo uśpić (np. przy piersi). Jednak jak byli trochę starsi to zaczęła się gimnastyka - mam na myśli gimnastykę dla nas - rodziców. Gdy już Franio zaczął się nudzić i wiercić, a wszystko już wypił (obowiązkowo na czytania i ewangelię dawaliśmy mu butlę, żeby choć wtedy nie przeszkadzać innym), wtedy zaczynał się arsenał zabawek: oglądał książeczkę, a jak się znudził to dawaliśmy mu do rączki inny gadżet. Jak już nie mógł wysiedzieć to wychodził z wózka i wędrował. Naszym priorytetem było to, by po prostu nie przeszkadzał głosem, by nie był za głośno, zaś mniej przejmowaliśmy się tym, że wędruje - założyliśmy, że ludzie przychodzą do kościoła, by się skupić na modlitwie a nie na grzecznym, choć chodzącym bobasie. Bardzo często zdarzało się, że któreś z nas musiało wyjść z Franiem na dwór i nieraz zdarzały się nam dyskusje, czy jest w ogóle sens chodzić z Frankiem na msze, bo nasze uczestnictwo w nich jest bardzo wątpliwe.
Dziś Franio jest bardzo grzeczny na mszy, choć też z przyzwyczajenia dopomina się o picie. Nie wiem czy wyrósł, czy więcej zrozumiał, czy widzi, że my też się przecież nie wiercimy, że msza jest dla nas ważna i zawsze go chwalimy jak jest grzeczny.
Franuś kojarzy bardziej "żywe" elementy mszy, jak: pójście do komunii, wrzucenie pieniądza na ofiarę, znak pokoju, modlitwę "Ojcze Nasz" (bo ją zna). Naprawdę na Franka nie mogę teraz złego słowa powiedzieć. Nawet do domu przynosi niektóre teksty - nagle przy zabawie słyszymy: "I z duchem twoim" :-)
Jacuś już nie śpi na mszy, ale pije i wędruje. Już nie wprowadzam stu tysięcy zabawek, by jak najdłużej go utrzymać w wózku - szkoda energii. Od razu zaczynamy wędrówkę - przynajmniej jest spokojny, choć niektórym zapewne przeszkadza i widzę ich wzrok: "to nie spacerniak". Często też musimy wyjść. Jacek w swoich wędrówkach ma większy zasięg niż miał Franio, więc czasem trzeba go łapać, jak pędzi do prezbiterium. Mam nadzieję, że w końcu się unormuje.
Muszę też dodać, że wybieramy konkretną mszę. Nie jest to msza dziecięca (bo w tym czasie chłopcy mają drzemkę i nam ta godzina nie pasuje). Jest to poranna msza w konkretnym kościele, gdzie jest dość mało ludzi, puste nawy boczne (swoboda w wędrówkach i rozpraszanie mniejszej ilości wiernych) i gdzie msza trwa nie dłużej niż 45 min.
Poza tym staramy się jakoś angażować chłopców w życie religijne poprzez nasz przykład, czy rozmowy na temat Matki Bożej, Jezusa itd. W zeszłym roku chodziłam z Frankiem na drogę krzyżową dla dzieci i był tym bardzo zainteresowany - tym chodzeniem od stacji do stacji z małym krzyżykiem w ręku. U nas jeden plac zabaw znajduje się przy kościele, więc po drodze, jakby odruchowo, wchodzimy na chwilę do środka na "Niechaj będzie pochwalony..." i idziemy dalej.
Myślę, że warto angażować dzieci w mszę świętą, tylko każdy musi znaleźć odpowiedni "klucz" - odpowiednią porę, kościół, taktykę itd. A przede wszystkim dać przykład, że dla nas to ważne, że słuchamy księdza, śpiewamy, klękamy...
Kolega Frania gdy widział kałużę to wkładał w nią rączkę i się żegnał. Wiec zawsze coś zostaje z tych naszych wysiłków, gimnastyk i nauk :-)

sobota, 29 grudnia 2012

Osoby bezdzietne

Był taki czas w moim życiu, kiedy choć bardzo chcieliśmy, nie mogłam zajść w ciążę. Z perspektywy czasu wiem, że ten czas nie był strasznie długi, bo inne pary mają większe problemy w tej kwestii niż my mieliśmy, jednak był to dla mnie trudny czas. Czas zawiedzionej nadziei, niespełnienia, nieużyteczności. Bardzo to przeżywałam, bo od zawsze chciałam realizować się jako mama, kochałam dzieci i nie wyobrażałam sobie naszego małżeństwa bez nich.
Gdy spotykałam się z koleżankami, które były już mamami, i mimo tego, iż lubię przebywać z dziećmi, to jednak rozmowy koleżanek tylko o dzieciach wywoływały u mnie ówcześnie głęboki smutek, żal i pytanie, dlaczego ja tak nie mogę? Tak naprawdę dużo z tych rozmów pamiętam i później doświadczenia tych koleżanek-mam wykorzystywałam przy Franiu i Jacku.
Ale po co to wszystko piszę? Bo żałuję, że w ówczesnym czasie nie poświeciłam więcej energii na zabawę z  dziećmi koleżanek, tylko na mój smutek.
Różnie układają się losy ludzi. Niektórzy nie mogą mieć dzieci, bo nie mogą zajść w ciążę, inni nie mogą spotkać swojej drugiej połowy, jeszcze inni są po rozstaniach i mają ograniczony kontakt z rodzonymi dziećmi. Każdy ma swoją historię. Każdy też ma prawo do przeżywania swojego bólu i żalu.
Dziś wiem, że na wszystko jest czas, że wszystko tak właśnie miało być, bo przecież kiedy nie było w naszym małżeństwie dzieci mieliśmy z mężem więcej czasu dla siebie (o który dziś trudniej), że gdybym zaszła w ciążę szybciej to nie zdążyłabym otrzymać podwyżki w pracy, nie miałabym też "po kim" pożyczyć wyprawki dla niemowlęcia. Z perspektywy czasu łatwiej to wszystko objąć i ocenić.
Ale żałuję, że nie poświęciłam więcej czasu na zabawę z cudzymi dziećmi, bo widzę, jak Franio (Jacuś na razie mniej) reaguje na wizytę wujów, którzy nie mają dzieci na co dzień. Oni zawsze wprowadzą coś nowego do zabawy i chyba dlatego jest ona dla Frania wyjątkowa i po prostu inna niż z rodzicami.
Gdy odwiedzają mnie koleżanki ze swoimi dziećmi to jest inaczej i nie tak fajnie, jak przychodzą goście bezdzietni. Znajomi-rodzice trochę krzątają się wokół własnych pociech, trochę są zmęczeni dziećmi, a trochę chcą po prostu pogadać z nami. Znajomi-nie rodzice mają więcej energii i cierpliwości, przebywanie z dziećmi jest dla nich pewnego rodzaju nowością a nie codziennością, a poza tym chcą nas trochę odciążyć. Wiadomo, że może nie maja doświadczenia rodzicielskiego, ale mają intuicję, a nawet gdyby wpadli na jakiś naprawdę głupi pomysł lub powiedzieli coś niemądrego, to zawsze można ich skorygować.
Jeśli czyta to ktoś, kto zmaga się z problemem dotyczącym braku dzieci, to niech się dowie, że jest bardzo potrzebną osobą i bardzo wyjątkową zarówno dla dzieci jak ich rodziców.

czwartek, 27 grudnia 2012

Albumy ze zdjęciami

Jednym z zajęć, przy którym chłopcy chętnie spędzają czas jest oglądanie zdjęć w albumach. Ja bardzo lubię zajmować się zdjęciami, ich wywoływaniem i aktualizacją, więc jesteśmy z fotkami w naszych albumach całkiem na bieżąco.
Oglądając razem zdjęcia i opowiadając maluchom co/kto na nich jest i co się tam dzieje, jest trochę jak bajka, ale jak bajka, w której sami braliśy udział (tu jechaliśmy kolejką, tutaj dmuchaliśmy świeczki na torcie itd), a poza tym dzieci szybko uczą się rodziny - nie tylko babć i dziadków (bo oni przecież mają dość częsty kontakt z dziećmi, przynajmniej w naszej rodzinie, gdyż mieszkamy wszyscy w jednym mieście), ale wujków, cioć, kuzynów, przyjaciół. Po pewnym czasie sami opowiadają, co się dzieje na jakimś zdjęciu.
Mam też wrażenie, że wspólne oglądnie zdjęć z Franiem pomogło trochę przygotować go na narodziny Jacka - pokazywałam mu zdjęcia jak Franio był jeszcze w moim brzuchu, opowiadałam historię jak to pojechaliśmy z  tatą do szpitala i Franek wyskoczył z brzucha i był już z nami, najpierw malutki, a potem coraz więcej umiał (podnieść głowę, raczkować itd). Pokazywałam zdjęcia jak Franio był karmiony piersią i tłumaczyłam, że maleńkie bobasy tak piją. Mówiłam, że bardzo się cieszymy, że Franio jest naszym synkiem i jest naszą radością, i że teraz czekamy na Jacka, który rośnie w moim brzuchu i też któregoś dnia jesienią pojedziemy do szpitala żeby wyskoczył z brzuszka i też będzie pił mleczko od mamy z piersi, jak kiedyś Franuś, itd.
Pamiętam, że jak któregoś dnia segregowałam ubranka dla Jacysia, to Franio opowiadał (po swojemu, bo jeszcze dobrze nie mówił) całą tę historię. Choć Jacek jeszcze się nie urodził, to Franek pamiętał ją ze zdjęć i choć pewnie do końca nie miał jeszcze wyobrażenia, jak to będzie naprawdę, to opowiadał, że pojedziemy do szpitala, że Jacek będzie pił mleko od mamy, a tutaj będą jego ubranka.
Oczywiście Jacek i Franio są inni - Franio dokładnie ogląda każde zdjęcie, a Jacek co chwilę zmienia stronę w albumie. Wtedy Franio woła: "Nie, nie Jacku, nie tak szybko, od początku!" Albo mu tłumaczy: "Zobacz Jacku, to jest choinka!"
Śmieszni są bardzo :-)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Kto przyjdzie do stajenki i co podaruje Jezusowi?

Ubraliśmy choinkę, ustawiliśmy pod nią żłóbek i uzgodniliśmy, że do Dzieciątka Jezus przyjdą zwierzątka (jakie mamy na stanie), bo przecież w stajence jakiś inwentarz był. I tak Franio z Jackiem ustawili m.in. krowę, konia, pszczołę, kury, świnki... Myszka nawet przyjechała samochodem. Potem Franio wymyślił, że może zwierzątka przyniosą w darze marchewkę, dynię i kukurydzę. Powiedziałam: "Super, świetny pomysł!". Ale kiedy dzieci zaczęły nosić pod choinkę coraz więcej zabawek, m.in lekarstwa dla Jezuska ("żeby był zdrowy"), musieliśmy uzgodnić jakiś kompromis, żeby zaraz cały kontener z zabawkami nie zagracił żłóbka. Osiągnęliśmy chwilowe porozumienie, które podejrzewam, że przez kolejne dni będzie modyfikowane. Mam nadzieję, że Dzieciątko Jezus widząc te uzgodnienia też się świetnie bawi , bo my mamy tu ogrom śmiechu.

niedziela, 23 grudnia 2012

Życzenia świąteczne


Uroczystości z dziećmi


Każdy z nas pamięta jak czekał na święta Bożego Narodzenia w dzieciństwie. A potem, mimo, iż mówi się, że są to magiczne święta i nadal się na nie czeka (tylko inaczej), to jednak nie odczuwa się takiego czaru. Niektórzy wręcz nie lubią świąt, bo kojarzą się z dużymi wydatkami, maratonem w kuchni i zmęczeniem.
Niektórzy czekają na święta, bo wiedzą, że spotkają się z rodzicami, teściami i będzie trochę oddechu od dzieci, bo dziadkowie na pewno się chętnie nimi zajmą. Oczywiście wnuki i dziadkowie muszą mieć z sobą dobry kontakt i warto o niego dbać (kiedyś może napiszę posta o babciach i dziadkach), ale tak sobie myślę, że chciałabym mieć siłę, by poświecić im wiele uwagi, czasu i łącznie z dziadkami spędzić z dziećmi wyjątkowe dni. Ja jestem i tak w komfortowej sytuacji, gdyż jestem z dziećmi na co dzień, ale myślę, że Ci, którzy mają w tygodniu mniej czasu mogą odczuwać "głód" bycia z dziećmi i na pewno pokonają chęć odpoczynku własnego na rzecz odpoczynku z dziećmi (tj. zabawy). Myślę, że to ważne, by dzieci uroczyście obchodziły święta ze swoimi rodzicami, ze swoją rodziną. By widziały rodziców "nie przejmujących się", pokazujących jakby inne oblicze.
Chciałabym, aby Franuś i Jacuś czuli, że świąteczne dni są przerywnikiem codziennej rutyny, żeby czuli się w centrum uwagi, czuli się ważni i kochani. Chciałabym, aby widzieli, jak okazujemy sobie ciepłe uczucia, jak kolędujemy, jak ważna jest dla nas strona duchowa tych świąt, że przychodzi Bóg, bo chce się spotkać z człowiekiem i znów wychodzi mu na spotkanie. Chciałabym, by poczuli,  że suto nakryty stół podkreśla tylko ważność wydarzenia, a nie, że w świętach istotą jest biesiadowanie przy jedzeniu. Chciałabym, aby byli radośni, szczęśliwi, by śmiały im się oczy, by byli przejęci jak mąż w prawie 30 letnim stroju po dziadku będzie "Gwiazdorzył". Niech im się dusza rozgrzeje! Jakkolwiek im się życie potoczy, chciałabym żeby pamiętali, że w życiu są dni szczęśliwe, na które warto czekać.
Oby nam się udało wzmocnić nasze więzy z dziećmi, sprawić by wierzyły w magiczność tych świąt, poznały dobroć, bliskość, oczekiwanie, darowanie, przyjmowanie i wszystko co się wiąże z tymi świętami.
Franio codziennie po przebudzeniu pyta: "Jaki dzisiaj jest grudzień?", a jak mu powiem, że np. dziś 22.XII, to mówi, że wigilia się zbliża. Mam nadzieję, że nie zawiedziemy z mężem tych emocji oczekiwania, bo są równie duże jak te, kiedy się czeka na urodziny.

piątek, 21 grudnia 2012

Podróże z dziećmi

Niektórzy uważają, że gdy pojawi się dziecko w rodzinie to trzeba zrezygnować z wielu rzeczy, m.in z podróży. To prawda, że pojawienie się bobasów wymaga pewnych przekształceń, ale myślę, że po prostu trzeba niektórych rzeczy nauczyć się robić w trójkę/czwórkę/piątkę/szóstkę... - takich rzeczy, które się da zrobić razem, bo wszystkich się nie da (np. nocne imprezy w klubach - to raczej wątpliwy pomysł dla maluchów).
Tak samo jest z podróżami - zgodnie z zasadą, jeśli nie możesz czegoś zrealizować, zrób to z dziećmi. Uważam, ze podróżowanie z dziećmi jest możliwe i serdecznie do tego zachęcam, ale oczywiście trzeba trochę dostosować plan wakacji do potrzeb dziecka - zrezygnować z ekstremalnych wysokości czy warunków (obszar zagrożony chorobami) i dołączyć więcej placów zabaw i innych atrakcji dla dzieci.
Jeśli toś lubi czytać o podróżach to zachecam do lektury "Pępek świata. Z dzieckiem w drodze" Anny Kuziemskiej.
Jak to jest u nas? Zawsze lubiliśmy podróżować. Zanim pojawiły się dzieci i zanim skończyły się studia wyjeżdżaliśmy gdzieś niemal raz w miesiącu. Potem przyszedł czas na pracę, więc urlopu było mniej (ale za to finanse się poprawiły), więc było mniej wyjazdów, ale gdzieś dalej. Teraz  jeździmy ile możemy pod względem urlopowym i finansowym. Poza tym staramy się robić małe weekendowe wycieczki do muzeów, na kajaki, rowery.

Generalnie, chcemy pokazać dzieciom podróżowanie - nie wiemy, czy złapią bakcyla i się im to spodoba - jeśli będą wolały wykupić wycieczkę i cały dzień leżeć przy basenie w kurorcie, uszanujemy to. Ale spróbujemy pokazać im jak można aktywnie spędzić czas i wakacje. U nas to głównie góry, bo to jest miłość od zawsze - czyli podejmowanie wysiłku, zdrowie, hart ducha, podziw dla przyrody itd. Franek w górach był dotychczas 4 razy - ostatnio jak miał niecałe 2 lata i 2 miesiące - raczej był jeszcze noszony w nosidle, ale też sam już trochę maszerował i naprawdę intensywnie szukał szlaku - pamiętam jak przez 10 minut ciągle powtarzał: "żó szla, żó szla, żó szla" (żółty szlak - wtedy mówił tylko pierwsze sylaby) i go ciągle wypatrywał. Aż już trudno było tego słuchać i odpowiadać, że "tak, wypatrujemy żółtego szlaku, na pewno zaraz będzie". Natomiast Jacek miał wtedy pół roku i był wszystkim zaciekawiony.

Jeśli chodzi o wyjazdy w góry, to trzeba poczekać, aż dziecko będzie na tyle duże, żeby mogło siedzieć w nosidle. Są jeszcze chusty do noszenia, aczkolwiek z naszego doświadczenia wynika, że nosidła są wygodniejsze - mają chociażby kieszenie, w które można spakować potrzebne rzeczy na drogę.
W górach dzieciom się podoba, a nad morzem jeszcze bardziej są zachwyceni! Dzieci lubią jeździć w góry, bo widzą, że rodzice to kochają, ale morze i plaża to dla nich naprawdę frajda - woda, piasek, kamienie, muszelki. Jak posadziliśmy Jacka na plaży po raz pierwszy to siedział z łopatką w jednym miejscu, wygrzał sobie to miejsce i się z niego nie ruszał. Obraził się jak musieliśmy już pójść dalej.
W temacie podróży trzeba tylko powiedzieć, że nie należy za bardzo przejmować się rytmem dnia. Wiadomo, że stałe pory drzemek i posiłków są ważne, ale nie na wakacjach. Gdyby trzymać się rytmu to prawdopodobnie nic by nie udało się zobaczyć. Na wakacjach dzieci śpią tam, gdzie zasną: na plecach, w samochodzie, w pociągu.
Z jedzeniem też nie ma dużego problemu, bo nawet jeśli nie ma się warunków na samodzielne gotowanie to przecież bez problemu można kupić jakieś słoiczki czy coś (warto jeździć także wtedy, gdy dziecko jest małe i żywi się tylko mlekiem z piersi - wtedy w ogóle nie trzeba przejmować się jedzeniem). Tak naprawdę dla dzieci największą radością jest fakt, że są razem z rodzicami, a nie to gdzie są, czy mają drzemkę i obiadek na czas, albo czy zostały przewinięte w bagażniku. Poza tym podróże kształcą :-)
Wiadomo, czasem chciałoby się wyjechać bez dzieci i jeśli jest taka możliwość to mozna skoczyć gdzieś we dwoje. Choć należy pamiętać, że przyjdzie taki czas, kiedy dzieci po prostu nie będą chciały z nami jeździć.
Zawsze mam w głowie marzenia odnośnie wakacji. Na pewno nie wszystkie da się zrealizować, ale fajnie sobie pomarzyć... o wyprawie rowerowej po Skandynawii, o szlaku świętego Jakuba z dziećmi... No cóż, na razie oszczędzamy na duży rodzinny namiot i spróbujemy pokazać dzieciom frajdę biwakowania i tzw. turystykę alternatywą.







czwartek, 20 grudnia 2012

Nagrody i kary?

To jest trudny post, bo m.in odkrywa moje błędy i słabości. Poza tym, jest strasznie długi.

Wśród metod wychowawczych często wyróżnia się stosowanie nagród i kar, jednak coraz głośniej mówi się także o wychowaniu bez kar i nagród. Metoda bez kar i nagród, mówiąc w skrócie (a szerzej należy szukać pod m.in hasłem "Bez klapsa - jak z miłością i szacunkiem wyznaczać dziecku granice") opiera się głównie na więzi miedzy dzieckiem a rodzicami, gdzie zamiast kar są stosowane konsekwencje (np. umówiliśmy się, że jak posprzątasz pójdziemy na spacer, a skoro jest wciąż bałagan, to nie wychodzimy) a nagrodą jest sama uwaga i pochwała rodzica oraz własna satysfakcja i duma dziecka, że zrobiło coś dobrze.
Metoda ma uczyć, że dobre zachowanie jest normą, którego nie trzeba dodatkowo nagradzać, zaś największą karą jest brak uwagi rodzica. Metoda podkreśla moc więzi, że dziecku bardzo zależy na tym by je zauważać i poświęcać czas, że jest w stanie zrobić coś ze względu na rodziców a nie dla nagrody itp. A już największym złem w tej idei jest klaps, który często jako przewaga fizyczna jest rozstrzygającym argumentem, utwierdzającym w przekonaniu, że w relacjach międzyludzkich bicie jest dopuszczalne, że można sprawiać ból komuś, kogo się kocha, że wreszcie gdy dorosły czuje się bezsilny ucieka się do tego co najprostsze i najbardziej dostępne, żeby pokazać kto tu rządzi. Metoda raczej też nie propaguje kary w formie "karnego jeżyka" (taki trochę bardziej skomplikowany kąt), uważając, iż jest z pogranicza tresury.
Ale czy istnieją osoby, które nigdy nie uderzyły dziecka, nie szarpnęły, nie przytrzymały? Ponoć istnieją.

Z drugiej strony, kiedyś czytałam o warunkach, które dopuszczają klapsa, czyli: w sytuacji gdy dziecko w sposób celowy i powtarzający sprzeciwia się poleceniom rodziców, a inne łagodniejsze metody nie skutkują (jak zachęta, odwoływanie się do ustalonych zasad, odwrócenie uwagi, specjalne miejsce do wyciszenia).  Dalej, że trzeba zapowiedzieć i ostrzec dziecko, ze jeśli nie zmieni zachowania to dostanie klapsa, a jeśli to nie skutkuje - wymierzyć go. Ale:
- klapsa może wymierzyć tylko rodzic lub opiekun, z którym występuje relacja miłości i przywiązania,
- nie wolno uderzać dziecka pod wpływem złości, impulsywnie,
- klapsy muszą być umotywowane miłością (nie wyładowaniem złości), ich celem ma być nauka i korekta zachowania,
- nie wolno bić dzieci poniżej 1,5 r.ż i powyżej 10 r.ż (zwykle przestaje być potrzebna po 6 r.ż),
- nigdy nie należy wymierzać klapsów publicznie, by nie zawstydzać dziecka,
- po wykonaniu uderzenia w pupę (musi zaboleć, ale nie może zranić) należy dziecko przytulić i jeszcze raz wyjaśnić dlaczego kara została wymierzona,
- jeśli klapsy nie działają (a są niby "ostatnią instancją" kary), nie należy zwiększać ich częstotliwości i siły, tylko szukać pomocy u specjalistów.

Tyle z teorii. Trudny temat, prawda? I jak ja, mama z tak małym doświadczeniem, mogę cokolwiek tu powiedzieć? Przydałyby się opinie bardziej doświadczonych mam, które mają już starsze dzieci i pewne sukcesy, czy porażki na tym tle.
Opowiem wam, jak jest u nas, ale nie chciałabym, by ktoś traktował to jako radę. Myślę, że jestem zbyt mało doświadczona, by cokolwiek radzić w tej kwestii.
U nas jest różnie. Wiecie już, że jest tabliczka motywacyjna, czyli jakaś forma nagrody.
Dziś na spacerze Franio pomagał pchać wózek Jacka. Mówię mu: "jak Franio ładnie pomaga - dziękuję synku". A on na to: "mama narysuje nagrodę?". Więc pytam dalej: "a gdybym nie namalowała, to nie pomagałbyś juz więcej pchać? Pchasz Jacka dla nagrody, czy żeby pomóc mamie?"
"żeby pomóc mamie" - na szczęście powiedział Franio.
Jestem pewna, że pochwały są super i widzę, że u nas działają - naprawdę wzmacniają dobre zachowanie.

Jeśli chodzi o kary - to faktycznie tzw. konsekwencje są dobre, tylko trzeba być naprawdę konsekwentym, nawet przy wielkim płaczu (mamy w domu bunt 2-3 latka, więc takie wymuszane płacze czasem się zdarzają). Najczęściej konsekwencją (karą) jest brak oglądania bajki w komputerze. Czasem jak Franio popchnie Jacka, czy coś mu zabierze - ja nawet nie zdążę jakkolwiek zareagować, a on juz pyta: "będzie komputer?", bo wie, że zrobił coś nie tak. Czasem nawet nie wiem, że coś się stało, ale słyszę "będzie komputer?" to wiem, ze Franik coś przeskrobał.

Przy wielkim szale Frania, jak nie może, czy też nie chce się uspokoić, to siedzi na kolanach (najczęsciej u męża) i się uspokaja. Nastawiamy wtedy stoper np. na 3 minuty - a jak zegar pika a Franio wciąż wariuje to znów nastawiamy kolejną minutę (czasem pytamy go, na jak długo teraz ustawić czas, na ile minut). Nie zdarzyło nam się dłużej niż 4 minuty go uspokajać, zawsze w końcu zainteresuje się tym stoperem czy czymś innym. Zawsze mu mówimy, co się dzieje, że Franio jest bardzo zdenerwowany i spróbujemy się uspokoić na kolanach u taty i nastawimy zegarek.
Oczywiście wielki szał nie jest spowodowany naszymi torturami, czy czymś. A taki stoper ostatnio był stosowany rzadko - Franio naprawdę zrobił się całkiem grzeczny.

Kompletnie nie mogłam sobie poradzić z zastosowaniem hasła "skup się na poszkodowanym". Zazwyczaj, gdy jedno skrzywdzi drugiego, to najczęściej reagujemy na niewłaściwe zachowanie napastnika i karcimy go, zamiast zająć się tym skrzywdzonym. W ten sposób ten "zły" wygrywa, bo zdobył uwagę rodziców - nie ważne czy poprzez bicie, czy pchanie, ważne, że to on znalazł się z centrum zainteresowania. Natomiast, gdyby zająć się tym poszkodowanym, napastnik dochodzi do wniosku, że jego zachowanie nie działa i po pewnym czasie przestaje tak się zachowywać.
Poczytałam jak powinno być i zaczęłam stosować to w domu - niestety z mizernym skutkiem. W kolejnych sytuacjach, gdzie Franio popychał Jacka, coś mu wyrywał, czy coś, zawsze "podręcznikowo" starałam się mówić do Jacka coś w stylu: "to na pewno musiało boleć" i wychodziłam z Jacuniem z pokoju, starając się nie zauważać Francika. 
Ale u nas nie zadziałało, mieliśmy wręcz wrażenie, że Franio czuje się coraz bardziej bezkarnie, więc musieliśmy wprowadzić coś innego: "Franiu, wiesz, że nie wolno robić krzywdy Jackowi. Nie pozwolimy także, aby on robił tobie krzywdę. Jak tylko będziesz krzywdził Jacka bez jego prowokacji, nie będziemy włączać Ci bajki na komputerze. Jak będziesz dla Jacka miły wtedy będzie bajka."
To dopiero zadziałało. Generalnie teraz jest super. Franek jest bardzo kochany wobec Jacka - nie wiem czego to zasługa, czy po prostu wyrósł z tego, przyzwyczaił się do Jacka, czy to ten komputer. W każdym razie czuję tu pewną porażkę wychowawczą, do której myślę, trzeba będzie jeszcze kiedyś podejść, jak chłopcy będą mieli więcej niż 2 lata i pojawią się podobne problemy. W końcu muszą wiedzieć, że należy się szanować, bo tak ludzie powinni się traktować, a nie dlatego, że nie będzie komputera. Nasz przykład jest najważniejszy: bicia uczymy, bijąc, krzyku, krzycząc itd.

Wiele metod działań? Tyle naszych niedoskonałości lub braków umiejętności. Jak podejść do dziecka w kwestii dyscyplinowania? Myślę, że tu musi wygrać intuicja i zdrowy rozsądek - każde dziecko jest inne,  coś co działa na jedno dziecko nie musi działać na drugie. Są różne okoliczności (mniej i bardziej poważne), różne dzieci (łatwiejsze do kształtowania i tzw. "wyzwania wychowawcze"). Pewne doświadczenia zdobyte przy Franku nie będą użyteczne przy Jacku, bo inne rzeczy na nich wpływają - Jacek jest bardziej uparty i jest małym "dzikusem", więc moze być "trudniejszą gliną"* do uformowania - ale nie chcę mu przyszywać łatki - zobaczymy sami jaki będzie w przyszłości. 
Niech nasze dzieci będą szczęsliwe!
Czuję, że konsekwencje i pochwały należy pielęgnować. Ale należy samemu znaleźć klucz do własnego dziecka, pamiętajac, że to nasi mali przyjaciele, których nie można skrzywdzić, a trzeba im pomóc wejść w samodzielne życie - "Ja Ciebie kocham i pragnę nauczyć Cię właściwego postępowania. Ilekroć zbłądzisz, zostaniesz upomniany".

Powodzenia! Życzę Wam i sobie.

* nie mam tu na myśli "złamania" charakteru Jacka

środa, 19 grudnia 2012

Wilczek gra w piłkę


Tego dnia Wilczek wrócił z przedszkola bardzo podekscytowany:
- Tato, będę grał w piłkę nożną! - powiedział Wilczek, gdy tylko tatuś wrócił z pracy - Przyszedł do przedszkola pan trener, który założy Klub Małych Piłkarzy i będziemy mieć trening i grać mecze - jednym tchem opowiedział Wilczek
- To wspaniale synku, bardzo się cieszę. Będę mógł przychodzić na twoje mecze?
- Taaak! Hurra!
Wilczek z zapałem uczęszczał na wszystkie treningi, a gra w piłkę dawała mu wiele radości. Jednak kopanie piłki okazało się nie takie proste jak przypuszczał. Wilczuś musiał intensywnie trenować, aby poprawić celność podań, gdyż właśnie z tym miał największe problemy. Dlatego codziennie popołudniu razem z tatą ćwiczył podania na ogródku lub na boisku. Nie od razu Wilczkowi wszystko wychodziło, ale solidną i sumienną pracą po kilku dniach udało mu się osiągnąć całkiem niezłe wyniki i jego podania było coraz dokładniejsze. Pewnego dnia do treningu Wilczka i taty dołączył młodszy braciszek Wilczka - Maluszek. W trójkę podawali sobie piłkę i wszyscy świetnie się bawili. Jednak Wilczek był nieco zasmucony, bo okazało się, że jego młodszy brat podaje piłkę celniej niż on, choć wcale wcześniej nie trenował. Wilczek był troszeczkę zazdrosny o brata - przecież tak sumiennie i ciężko trenował, zaś Maluszek nie musiał wcale ćwiczyć a podawał dokładniej niż on.
Po tym zdarzeniu Wilczek postanowił, że już nie chce dłużej grać w piłkę. Powiedział do taty:
- Tatusiu, ja już nie chcę uczyć się grać w piłkę i uczęszczać do Klubu Małych Piłkarzy,
- Wilczku, nie widzę powodu, dla którego musiałbyś rezygnować - odpowiedział tato - Przecież granie sprawia ci przyjemność i robisz postępy,
- Ale Maluszek gra lepiej, może to on powinien grać w Klubie? - zapytał Wilczuś,
- Synku, wiem, że to cię może zniechęcać, ale to jak gra Maluszek nie ma z tobą nic wspólnego. Nieważne czy ktoś uczy się powoli, czy szybko. Najważniejsze , że gra w piłkę daje ci wiele radości i przyjemności. Nie chciałbym, abyś musiał z tego rezygnować.
- Ale Maluszek gra lepiej - powtórzył jeszcze raz Wilczek,
- Wilczku, każdy ma inne zdolności i talenty. Może faktycznie Wilczek ma talent do piłki, ale to nie jest teraz ważne. Ty jesteś dobry w czytaniu i rysowaniu - ale to też nie jest teraz ważne. Istotne jest to, żebyś nie rezygnował z gry tylko dlatego, że są lepsi od ciebie. Są lepsi i słabsi - nieważne. Wilczku, skoro gra w piłkę jest dla ciebie przyjemnością - nie rezygnuj z niej. Ja bardzo chciałbym przychodzić na twoje mecze. Nawet jeśli nie będziesz najlepszy na boisku, dla mnie twoja gra będzie wyjątkowa, bo wiem, że jest dla ciebie ogromną radością i wiem ile pracy oraz serca włożyłeś w każdy trening. To co? Idziemy grać?
- Taaak! Chodźmy!
- A Maluszek też może?
- No… może. Może mi podpowie, jak mam podawać tak celnie jak on?

wtorek, 18 grudnia 2012

Pierniki (i nie tylko)

Czas przedświąteczny to także czas na pieczenie pierników. Dziś w kuchni działali panowie - najkrócej Jacek, bo zaczął wyjadać surowe ciasto i trzeba było zarządzić mu eksmisję, najdłużej tata - musiał wszystko dokończyć, bo Franio po 3 blachach wycinania pierników stwierdził, że już nie ma siły.

Angażowanie dzieci do prac domowych to dla nich świetna zabawa, a dla nas zwolnione tempo pracy. Jednak gdy trzeba coś zrobić (np. te pierniki czy inne prace), warto robić to z dziećmi. Pamiętam, że jak zostałam mamą to czasem się zastanawiałam, jak ja sobie z czymś poradzę, kiedy coś załatwię -  a przecież rozwiązanie jest proste:
- jeśli ja sobie z tym nie poradzę, to kto?,
- trzeba nauczyć się działać i robić wszystko co się da z dziećmi,
- tylko trzeba być dobrze zorganizowanym - np. Jacek na prawym biodrze, klucze do domu w lewej ręce, klucze do auta w lewej kieszeni, Franek czeka, najpierw wsadzam Jacka do auta, potem Franio - jak pada deszcz to Franio czeka na przednim siedzeniu, potem go zapinam jak Jacek jest już ujarzmiony, radio trzeba mieć pod ręką, bo zaraz będą wołać o ich ulubioną piosenkę itd, itp.
Jedną z gorszych rzeczy było dla mnie wychodzenie z dziećmi na spacer w bardzo zimny dzień - ubieranie chłopców wymagało naprawdę wielkiej organizacji i tempa. Teraz już mam opracowane, który najpierw i w jakiej kolejności co ubieramy i gdzie czeka ten, który jest już gotowy. Więc z każdym dniem nabiera się wprawy we wszystkim. 
Pewnie za rok z piernikami też pójdzie lepiej - liczę choć na to, że Jacka nie będzie trzeba wyprosić z kuchni :-)


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tor przeszkód

Już kiedyś wpominałam o torze przeszkód. Dziś napiszę troszkę szerzej.
Gdy pierwszy raz zrobiłam Frankowi tor przeszkód, był taki szczęśliwy i po każdym ukończeniu toru wołał: "Jeszcze raz!". Biegał, szalał, był cały spocony.
A ten tor przeszkód to faktycznie prosta sprawa. Na korytarzu rozstawiłam krzesła, karimatę, wiaderko, skarbonkę i klocki. Franio musiał się przeczołgać pod krzesłem, potem przejść przez rurę (zrolowana karimata), przejść przez krzesło (górą), rzucić piłką do wiaderka, wrzucić monety do skarbonki (skarbonka się otwierała, więc monety były wielorazowego użytku)  a na końcu zbudować wieżę z klocków. Naprawdę prosta sprawa, tym bardziej, że właściwie można wykorzystać to, co leży pod ręką i wymyślić z tego jakieś zadanie (coś namalować, zaśpiewać, poprzestawiać, posegregować itd).
Gdy kiedyś Franuś został z tatą, to jak wróciłam z Jackiem do domu zobaczyłam w pokoju bardzo pomysłowy tor przeszkód. Najpierw Franio boso (to było latem) przechodził przez płytkę od klocków duplo, potem szedł po rozłożonej na podłodze miarze krawieckiej, następnie wspinał się po pochylni na krzesło (pochylnią była jakaś deska), dalej przeskakiwał z krzesła na krzesło, a na końcu był wielki podrzut na tatusiu i pozycja końcowa z ręką wyciągniętą do góry i z fanfarami (ta-ram). Nie ma jak to tata, jego pomysły i jego deski, listewki i inne tatusiowe gadżety :-)
Dziś także Jacek przechodzi przez rurę. Uczymy go z Franiem czekania w kolejce, bo Jacuś coś lubi iść pod prąd :-)
Latem czasem robiłam Franiowi tory na ogródku, typu: obiec gruszę, wejść po schodkach, przeskoczyć przez patyk, kopnąć piłkę, a na końcu przytulić i pocałować mamę :-)
Jednak marzy mi się większa ekipa dzieci, ciepły dzień i wyścigi (jak na wf w szkole) z dodatkiem wody! Ciekawe komu uda się przebiec z kubeczkiem pełnym wody? Jacyś prawdopodobnie by stanął, oglądał kubek, wylał wodę i zdziwiłby się, że wody już nie ma, a Franek szedłby bardzo, bardzo, bardzo uważnie skupiając się na tej wodzie tak intensywnie, że nie zauważyłby że inni go mijają biegiem :-)
Ktoś jest chętny na takie zawody?

niedziela, 16 grudnia 2012

Przytulanki

Czy małe dzieci muszą mieć przytulankę? Oczywiście wszystko zależy od naszego Malucha - mogą być dzieci, które nie mogą funkcjonować bez swojego "przyjaciela" i mogą być takie, które nie czują potrzeby posiadania przytulanki. Z jednej strony taka przytulanka to pomoc np. w zasypianiu - dzieci czują się bezpieczniej w łóżeczku, czy w nowym miejscu (na wakacjach, w szpitalu), ponoć łatwiej je uspokoić, z drugiej strony trzeba pilnować, by się nie zniszczyła, bo nasz Maluch przeżyje katastrofę w swoim małym życiu.
Moje doświadczenia są bardzo różne. Oczywiście u Was pewnie jest jeszcze inaczej :-)
Franuś z tetrą
Franio: od maleńkości przy karmieniu, kładzeniu do łóżeczka miał przy sobie pieluszkę tetrową - ona zawsze leżała pod ręką (no bo się może ulać, czy coś) - i Franio się nią bawił: trzymał, machał, przekładał z rączki do rączki, przytulał się do niej. I tak zostało do dzisiaj. Zawsze przy drzemkach i na noc w łóżeczku Frania musi czekać na niego tetra. Uważam, że to bardzo, bardzo praktyczna przytulanka, bo jest powtarzalna (w domu jest przecież kilka takich samych pieluszek) i łatwo utrzymać jej higienę (Franio na szczęście nie reaguje na zapach wypranej pieluchy). Dziś Franio, poza tetrą, sypia z: żabą, słoniem, szczurem i misiem. Taki z niego przytulak!
Jacuś nie chce Misia
Jacek: "od maleńkości przy karmieniu, kładzeniu do łóżeczka miał przy sobie pieluszkę tetrową - ona zawsze leżała pod ręką (no bo się może ulać, czy coś)" - i Jacek ją zawsze wyrzucał w kosmos. Ja mu ją delikatnie wkładałam do rączki (Franio robił to mniej delikatnie: "Jacku, proszę, pieluszka dla Ciebie!" i wciskał mu między paluszki), a Jacek się denerwował i wyrzucał (Franio płakał, bo Jacek nie chciał wziąć od niego). Próbowaliśmy dać mu coś innego niż pieluszkę, różne pluszaki, moją pidżamę itp, jednak nic nie wygrało konkurencji z... moimi włosami. Tak jak od zawsze Franio "bawił się" tetrą, tak Jacek zawsze przy karmieniu, czy usypianiu "bawił się" moimi włosami: nawijał na palce, wkładał do buzi, ciągnął (nawet nie wypada pisać o tym, ile on mi już włosów wyrwał). Kupiliśmy mu miękkiego, pluszowego misia, z nadzieją, że może go pokocha i będzie jego przytulanką do spania. Misiu najczęściej jednak wylatuje z hukiem z łóżeczka. Jacyś po prostu nie czuje potrzeby posiadania przytulanki (chyba, że moje włosy, no ale one są trudniej dostępne - nie sypia z nimi). Może kiedyś sam sobie coś wybierze, jak mu się spodoba? A może nie? Tak czy siak, będzie dobrze. Bo przecież każdy ma inne potrzeby.

Jestem jak Wy!

Rodzynki Rodzinki ruszyły i otrzymałam od kilku osób bardzo miłe opinie. Jest to tak budujące i dowartościowujące, że podejrzewam, iż będę miała kłopoty z zaśnięciem z emocji. Między innymi dowiedziałam się, że ktoś ceni mój profesjonalizm, konsekwencje, cierpliwość. Uderzyło mnie jednak hasło, że przeciętne mamy mogą się czuć przy mnie zdeprymowane.
Dziewczyny! Dziękuję Wam za wszelkie miłe słowa, ale ja jestem taka jak Wy! Walczę z porozrzucanymi zabawkami, o których sprzątnięcie ciężko się czasem doprosić, zmagam się z notorycznym niewyspaniem, bałaganem, złoszczę się, jak po raz kolejny widzę oplutą przez Jacka podłogę, którą trzeba nieustannie szorować, słabo mi się robi, jak słyszę Frania, który mówi, że "nie może" i próbuje wymuszać płaczem itd, itp.
To wszystko ładnie i pięknie wygląda z zewnątrz - nawet dla mnie - pisałam wcześniej tutaj, że tworzenie bloga mnie dowartościowuje.
Ja również mam mnóstwo kompleksów, chociażby takiego, że jestem mamą niepracującą, że nie wnoszę żadnych pieniędzy do domowego budżetu. I choć czuję podskórnie, że to dobrze i dla mnie i dla dzieci (bo przecież i tak zdążę się jeszcze napracować do 67r.ż :-) a dzieci tylko raz są małe), to czasy są dziś takie, że to normalne i popularne, że mamy łączą pracę zawodową z wychowywaniem dzieci, prowadzeniem domu, czasem dla siebie i męża... Ja zawsze podziwiam te mamy, że tak im się wszystko udaje, że łączą ten ogrom obowiązków i takie mają super efekty. A ja przecież nie muszę teraz chodzić do pracy, a i tak nie zawsze w domu jest idealnie. 
z serii "padnięte"
Jednak gdzieś mam świadomość, że to wszystko wygląda tak super z zewnątrz (jak piszecie o moim blogu), a te super mamy, który łączą tyle obowiązków, że one też muszą mieć słabe strony, muszą być zmęczone tą walką o czas, a im człowiek bardziej zmęczony i zestresowany tym mniej cierpliwy, mniej zainteresowany... Niektóre super mamy mają już starsze dzieci, które chodzą do przedszkola i w ten sposób mają więcej czasu na inne obowiązki i pracę. U nas też pewnie kiedyś tak będzie. A na razie są dwa bobasy przedprzedszkolne i w domu jest szał. Ale myślę, że szczęśliwy szał, bo smutno i pusto by było bez nich. 
Tak, na wszystko w życiu jest czas...
I mimo, iż tak piszę, to i tak kompleks gdzieś głęboko tkwi. Fajnie by było mieć jakąś pracę choć na jakiś kawałek etatu, pracę w domu, by nadal móc ogarniać rodzinkę, by był jakiś dopływ gotówki - żeby wzrosła samoocena, żeby nie być "odludkiem" w dzisiejszych czasach, by wreszcie człowiek bez większego  ekonomicznego lęku mógł myśleć o kolejnych dzieciach...
Reasumując: każdy ma jakieś problemy, nikt nie jest idealny, a ja jestem jak Wy, normalna mama, która stara się dawać z siebie tyle, ile może.
Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za wszelkie miłe opinie.

sobota, 15 grudnia 2012

Mali pomocnicy

Dobrze wiemy, że dzieci lubią pomagać i mieć jakieś zadania do zrobienia w domu. Choć czasem ich chęć do pomocy nie jest nam na rękę, bo wszystko trwa dłużej (najdłużej chyba wtedy, gdy Franio wiesza ze mną pranie - sam wybór koloru klamerki i ostateczne jej przypięcie wymagają ode mnie nie lada cierpliwości), to jednak warto starać się nie zduszać tej chęci i aktywności. W ten sposób przecież wspieramy ich samoocenę i wiarę we własne siły. A poza tym uczymy obowiązków: zbierania zabawek, nakrywania do stołu, wyrzucania śmieci do kosza, zamiatania itp.
Ostatecznie przecież nasz bobas musi stać się samodzielnym człowiekiem i dobrze uczyć go zarówno samodzielności jak i pomagania innym. Czasem kusi mnie, by coś poprawić po Franiu (np. jeszcze raz wyszczotkować mu zęby, bo nie mam pewności, czy wszystkie dobrze wyczyścił), ale staram się pamiętać, że nieustanne poprawianie może go w końcu zniechęcić i zwątpi w swoje umiejętności.

Poza tym jestem ogromnie szczęśliwa, gdy widzę, jak Franio się cieszy, gdy czegoś nowego się nauczy. Jaka to dla niego radość, że sam zdejmie buty, spodnie, majtki itd. Jak mówi, że "Franio umie sam" i jaki jest z siebie zadowolony. I ja się cieszę i nie martwię, że jak pójdzie do przedszkola to będzie z zazdrością patrzył na sprawniejszych rówieśników.

Nauka rysowania

Ostatnio koleżanka poleciła mi bajkę, która uczy dzieci rysowania. Faktycznie, całkiem fajna: "Luluś narysuj". Zajączek Luluś i Biedronka Kropka krok po kroku uczą rysować różne zwierzątka, pojazdy i inne rzeczy. Franio nawet trochę zrobił postępy w rysowaniu. Spróbujcie!

Czym skorupka za młodu nasiąknie


Chciałabym odnieść się do artykułu pt. "Czym skorupka za młodu nasiąknie", opublikowanego na Dzielnicy Rodzica tutaj. Autorka pisze, że <nasi rodzice nauczyli nas jeść, mówić "dziękuję" oraz jak być… rodzicami>, że m.in wiele zachowań naszych rodziców powielamy, nawet jeśli się zarzekaliśmy, że my tak postępować wobec własnych dzieci nie będziemy. Autorka wyróżnia kilka podstawowych błędów rodzicielskich, jak: brak konsekwencji, brak dobrego jakościowo czasu, brak jasno określonego systemu wzmocnień, czyli nagród i konsekwencji, czy porównywanie.
Zgadzam się, z Autorką, bo zdaję sobie sprawę, że błędy są nieuniknione, jednak chciałabym również podkreślić, że hasło RODZICE NAUCZYLI NAS JAK BYĆ RODZICAMI, jest dla mnie pełne nadziei, że właśnie nasz przykład, nasze działanie wpłynie na nasze dzieci pozytywnie.
Uważam, że najtrudniejszym zadaniem w życiu, jest wychowanie dziecka na dobrego, wartościowego człowieka. Gdy czytam różne książki czy artykuły o wychowaniu zawsze jestem pełna lęku czy damy radę. Czy podołamy tym wszystkim trudnościom, jak np. wychowanie w dobrowolnym posłuszeństwie a nie uległości, czy nasi chłopcy będą ukształtowani tak, że dalszy ich rozwój zrealizuje się poprzez samowychowanie, czy uda nam się przekazać im wszelkie wartości, by potrafili rozróżniać dobro od zła i wybierać dobro, czy dzieci będą dojrzałe i odpowiedzialne, uczciwe, rozsądne, z poczuciem własnej wartości, szanujące przyrodę, ojczyznę itd.
Ten mój niepokój wzrasta, gdy pomyślę m.in o tym, że każde dziecko jest inne, dające się łatwiej lub trudniej kształtować, że czasem wymagane są różne podejścia i sposoby, że niektóre dzieci są naprawdę dużym wyzwaniem wychowawczym, że to przecież odrębny człowiek, który sam myśli i nie musi być naszą kopią. Ponadto, tak naprawdę moje doświadczenie na razie dotyczy tylko małych chłopców do lat trzech i tak naprawdę dopiero przede mną wszelkie nowe wyzwania, które poznam dopiero jako mama przedszkolaków, szkolniaków, nastolatków. Przede mną jeszcze współzawodnictwo z telewizorem, internetem i inne problemy, których nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić. I właśnie w tych wszystkich lękach pociesza mnie fakt siły własnej postawy i autorytetu. Nie wiem, co się stanie z tym autorytetem, gdy będziemy mieli bunt nastolatków, ale teraz właśnie wiem, że odpowiedzią na moje lęki i niepokoje, jak sobie poradzę z tym wszystkim, jest moja postawa. Właśnie to magiczne: rodzice nauczyli nas, jak być rodzicami. Że ile damy dobra, wysiłku, czasu naszym dzieciom, tyle one przekażą swoim. Jeśli jesteśmy z mężem pracowici, dzieci to widzą i wiedzą, że to naturalne. Jeśli wspólnie całą rodziną klękamy do modlitwy, dzieci to widzą i wiedzą, że dla rodziców ważny jest Pan Bóg. Gdy my jesteśmy "poukładani" w sprawach moralnych, jest nadzieja, że dzieci będą się liczyć z naszym zdaniem. Gdy my dbamy o sport i dietę  - istnieje prawdopodobieństwo, że dzieci nie będą otyłe. Gdy z sobą dużo rozmawiamy i się dobrze znamy, możemy rozmawiać o wszystkim, nawet o trudnych tematach, jak miłość, czy seks. Gdy jesteśmy uczciwi i mówimy prawdę - jest nadzieja, że one też takie będą. Gdy umiemy przyznawać się do błędów i przepraszać - one nie będą kłamać. Dawanie dobrego przykładu jest chyba najlepszym sposobem wychowawczym.
Trzeba dawać przykład, bo on procentuje - nawet gdy nam się nie chce. Bo nie chodzi tylko o nasze dzieci, ale poprzez nie, także o nasze wnuki:-) Jak mówił Jan Paweł II, musimy od siebie wymagać, nawet gdyby inni od nas nie wymagali.
Brzmi to dość prosto, choć wcale proste być nie musi, bo przecież zawsze zdarzają się błędy, brak umiejętności, zmęczenie, czy sytuacja, której nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nigdy nie wiadomo, co wymyślą nasze kochane dzieciaki! 

Tabliczka motywacyjna

Jest wiele profesjonalnych tablic motywacyjnych dla dzieci. Na niektóre dzieciaczki takie tablice i motywatory w ogóle nie działają, a niektóre bardzo przeżywają to, co się zaznaczy na tabliczce.
My mamy bardzo proste oznaczenia. Choć kiedyś planowałam zrobić dużą, ładną, elegancką tablicę, z wieloma kategoriami, ostatecznie pewnego dnia po prostu zaczęłam rysować od ręki wszelkie pozytywne rzeczy, które zrobiły dzieci, i które stwierdziłam, że warto odznaczyć, np. dzielenie się, pomaganie innym, sprzątanie, modlitwa. Wiadomo, że Jacuś i Franuś mają trochę różne umiejętności, więc np. Jacek dostaje odznaczenie gdy zrobi siusiu czy kupkę na ubikację, a Franio nie - no bo to już u niego normalne.
U nas po 10 odznaczeniach jest nagroda. Miał być pyszny suszony owoc, ale nie przeszedł - ostatecznie stanęło na żelku lub innym słodkim drobiazgu :-)
Myślę, że po 50 lub po 100 odznaczeniach może będzie coś konkretniejszego, jak książeczka, czy resorek.
Kategorie trzeba dostosować do dziecka. Teraz, jak pisałam wyżej, mamy bardzo prostą tabelkę, ale kiedyś planowałam umieścić tam niemal wszystko, zaczynając od nauki siusiania, sprzątania, modlitwy, przez mówienie proszę, dziękuje, przepraszam, dzielenie się, pomaganie, kończąc na tych sprawach, w których Franio był oporny, jak samodzielne jedzenie czy picie z normalnego kubka. Im dziecko młodsze tym powinno być mniej kategorii. U nas, jak coś mi się spodoba, co jest poza kategoriami, to zaznaczam to symbolem: inne.
A można po prostu stawiać zwykłe kropki, czy uśmiechnięte buźki, bez wytypowanych kategorii, tylko mówić dziecku, za co ta kropka/buźka jest. 
Można też stawiać odznaczenia na szczebelkach namalowanej drabinki. Gdy osiągnie się szczyt drabinki, wtedy przysługuje nagroda. Spotkałam się, też z odznaczeniami w formie wagoników pociągu, czy kolejnych "brzuszków" gąsienicy.
Ostatnio Franio zaczął coś sam malować na tabliczce. Mówię wtedy, że tylko rodzice przyznają nagrody i odznaczenia. A Franio na to, że to dla taty, bo zrobił zakupy i się z nim podzielił czekoladką :-)
No właśnie, tablice motywacyjne są pełne niespodzianek:-)

piątek, 14 grudnia 2012

Tracy Hogg czy Claude Didierjean-Jouveau?

Pamiętam, że jako młodziutka mama miałam mnóstwo wątpliwości KOMU zaufać. Mam tu na myśli autorów różnych książek o wychowaniu i pielęgnacji noworodka. Tak jak np. byłam pewna, że chcę karmić piersią choćby nie wiem co, to już tej pewności nie miałam w innych kwestiach np. 

  • czy usypiać Malucha w łóżeczku, czy w chuście, 
  • nosić w chuście bo Maluszek to lubi, czy lepiej nie, bo się za bardzo przyzwyczai,
  • dawać smoczka, czy lepiej nie,
  • czy karmić na życzenie, czy jednak kształtować jakiś rytm żywieniowy,
  • itd, itp

Claude Didierjean-Jouveau stawia na rodzicielstwo bliskości, zaś Tracy Hogg bardziej proponuje naukę samodzielności od pierwszych chwil życia. Pamiętam, że często pytałam starsze, bardziej doświadczone mamy, jak to było u nich, a dziś już sama wiem :-)
Co prawda moje doświadczenie nie jest ogromne (będę to podkreślać na każdym kroku), ale nasi synkowie nauczyli mnie, że największymi ekspertami i znawcami naszych dzieci jesteśmy my! I żaden wzór, żadna propozycja czy sugestia pań Claude, Tracy i innych nie może konkurować z naszą wiedzą o naszych dzieciach. Bo każdy bobas jest inny i nie można do każdego dostosować ram.
Na przykład, Franio bardzo szybko i bez większych oporów nauczył się samodzielnego zasypiania i spania w swoim łóżeczku, zaś Jacek był inny i miał inne potrzeby - był dzieckiem chusty (choć teraz już potrafi także zasypiać i spać w łóżeczku). Co prawda, muszę przyznać, że na Frania miałam więcej czasu, by go uczyć, a jak narodził się Jacuś, to czas musiałam też dzielić na ówcześnie 19 miesięcznego Franka. Mały Jacek mógłby cały dzień spać przyssany do mojej piersi, ale nie mogłam mu tego zapewnić w 100%, bo w domu był też mały Franuś.
Nasza taktyka zależy więc od warunków jakie możemy zapewnić i od tego jakie jest Dziecko. A każde jest inne. Bardzo dziękuję wszelkim autorom książek, moim koleżankom za pomoc i rady. Dziękuję też sobie i mojemu mężowi, że zaufaliśmy naszej intuicji.

Galeria


Serdecznie polecam założenie galerii własnoręcznie wykonanych prac dzieci. My przyklejamy dzieła Frania na szafie, ale można również założyć segregator czy inny zeszyt i tam przechowywać te cenne dzieła sztuki. Niektóre rysunki trzymamy w listach, o których pisałam tutaj

Dzieci są dumne ze swoich prac i chętnie pokazują je innym, a poza tym, warto zbierać ich prace chociażby po to, by pokazywać następnym pokoleniom :-) lub żeby sobie na starość obejrzeć i powspominać.
Polecam!

Wilczek i zagubiony bałwanek

Dziś w przedszkolu Wilczek naprawdę się napracował. Wszystkie dzieci w czasie zajęć plastycznych wykonywały bałwanka. Wilczek pięknie naklejał watę, przymocowywał miotłę z włóczki i pozostałe elementy niezbędne bałwankowi, jak: guziki, oczy, nos, kapelusz. Wilczek wiedział, że mamie na pewno spodoba się jego dzieło i powieszą je na domowej galerii jego prac. Jednak gdy mama przyszła go odebrać z przedszkola, okazało się, że jego bałwanek gdzieś zniknął. Mama i Wilczek szukali wszędzie Wilczkowego bałwanka, ale nigdzie go nie było. Nawet pani i inne mamy zainteresowały się zagubionym bałwankiem i pomagały szukać, ale nikt nie mógł go znaleźć. Prawdopodobnie ktoś przez pomyłkę zabrał do domu nie swoją pracę, tylko bałwanka Wilczka. Wilczuś był bardzo rozczarowany i tak bardzo zasmucony, że rozpłakał się bardzo, bardzo głośno:
- Gdzie jest mój bałwanek? Ja chcę go zabrać na naszą galerię!
- Cichutko Syneczku - pocieszała mama - na pewno musi Ci być bardzo przykro, że Twoje dzieło zniknęło. Tyle się napracowałeś, na pewno musisz czuć smutek i złość, prawda?
- Taak! - chlipał Wilczek
Nagle przyszła pani przedszkolanka z bałwankiem i zapytała:
- Wilczku, czy to Twój bałwanek?
Wilczek spojrzał z nadzieją, że odnalazła się jego praca, jednak... nie, to na pewno nie był jego bałwanek - ten miał tylko 2 guziki, a Wilczek był pewien, że jego bałwanek miał ich więcej. Poza tym, ogólnie ten bałwanek wyglądał jakoś inaczej:
- Nieee! Niee! To nie jest mój bałwanek! Chcę mojego bałwanka!
- To może wracając do domu wejdziemy do sklepu i kupimy włóczkę, watę, krepę, guziki i zrobimy w domu nowego bałwanka? Na pewno nie będzie tak wyjątkowy jak ten twój, ale może nam się też spodoba? - zaproponowała mama,
- Nieee! Chcę mojego bałwanka! - Wilczek płakał coraz głośniej.
Mama przytuliła Wilczka, a on płakał i płakał. Mamusia opowiedziała mu pewną historię:
- Gdy byłam małą dziewczynką uwielbiałam bawić się w piaskownicy. Miałam też ulubiony samochód - ciężarówkę wywrotkę do przewożenia piasku. Jedno koło tej ciężarówki było trochę popsute, dość mocno się chybotało, ale właśnie dlatego tę wywrotkę lubiłam najbardziej. Pewnego dnia odwiedziła nas ciocia z moją kuzynką. Irenka nie miała wielu zabawek, więc moja mama postanowiła sprezentować jej jakąś moją zabawkę. Ja nie miałam nic przeciw temu - lubiłam się dzielić i sprawiać innym radość, więc nawet nie byłam specjalnie zainteresowana, jaką to zabawkę odda jej moja mama. A mama podarowała jej właśnie moją ukochaną wywrotkę z chyboczącym kołem! Pewnie pomyślała, że to auto może jest trochę popsute i nie będzie mi go żal, ale tak naprawdę byłam zrozpaczona, tak jak ty teraz, Wilczku. Mama kupiła mi inną, nową wywrotkę, ale to nie było to samo auto. Nigdy nie polubiłam go tak, jak starej ciężarówki z tym popsutym kołem. Pocieszałam się jedynie tym, że moja kuzynka bardzo się ucieszyła z tego prezentu i że moja wywrotka służyła jej jeszcze długo w zabawach. Dlatego rozumiem, Wilczku, jak bardzo jesteś rozczarowany stratą właśnie tego twojego bałwanka i wiem, że żaden inny go nie zastąpi. Ale mam nadzieję, że trafił on w dobre ręce i ten, co go znalazł będzie miał z niego ogromną radość.
- Tak! I powiesi go na swojej galerii! - ucieszył się Wilczek
- No właśnie! Albo może wyśle komuś w liście z życzeniami świątecznymi?
- Albo dorysuje więcej płatków śniegu?
- Albo więcej guzików?
Wracając do domu Wilczek powiedział do mamy:
- Jeszcze trochę mi smutno.
- Wiem, kochanie, to normalne, że nam smutno, gdy coś straciliśmy i nie możemy tego odzyskać. Uważam, że i tak jesteś dzielnym, małym Wilczkiem. Może masz ochotę na coś, co poprawi ci humor?
- Taak! - ucieszył się Wilczuś - Kisiel!
- To w takim razie zaraz zrobimy wielki, smaczny kisiel. Idziemy?
- Idziemy!
I ruszyli dalej w stronę domu.

czwartek, 13 grudnia 2012

Wilczek i śnieg

Już kolejny dzień padał śnieg. Wilczek bardzo się cieszył, bo oznaczało to, że nadszedł czas na zabawy zimowe: sanki, śnieżki, lepienie bałwanka, aniołki na śniegu. I faktycznie, po obiedzie ubrał się ciepło i wyszedł z mamą i młodszym bratem na spacer. Śnieg cały czas prószył i łaskotał Wilczka w twarz. Wilczek bardzo, bardzo nie lubił, gdy coś go łaskotało w buzię, a na dodatek to coś było mokre i zimne. Dla małego Wilczka padający śnieg był naprawdę trudnym doświadczeniem, tak trudnym, że rozpłakał się w głos i trudno było mu się uspokoić. Mama pytała synka, czy woli wrócić do domu, ale Wilczek chciał pójść na górkę i zjeżdżać na sankach i nie chciał jeszcze wracać, ale jednocześnie ten padający na buzię śnieg bardzo mu przeszkadzał. Z tej bezsilności płakał dalej i krzyczał, że do domu jeszcze nie, ale ten śnieg tak strasznie mu się nie podoba. Mama założyła kaptur na głowę, ale to nie pomogło - Wilczek wciąż płakał. Młodszy braciszek Wilczka bardzo się dziwił - przecież to tylko śnieg? Dlaczego jego starszy bart robi tyle hałasu o kilka płatków na twarzy? Ale dla Wilczka ten śnieg naprawdę stanowił niemały problem.
Mama mówiła, że może za zakrętem wiatr będzie słabiej zawiewał i może śnieg już nie będzie tak mocno padał na buzię, ale za zakrętem wciąż padał śnieg (choć już mniej na twarz) i Wilczek wciąż płakał:
- Tutaj też pada, mamusiu - pochlipywał.
- Wiesz, Synku, czasem tak jest, że po prostu musimy dać radę. Jeśli chcesz pójść na sanki, a my nie możemy wyłączyć śniegu, to musisz przezwyciężyć swój wstręt przed śniegiem padającym na buzię
- Ale ja nie chcę! - krzyczał Wilczek,
- Ja też często muszę pokonywać własne słabości i dawać radę - powiedziała mama i Wilczek zaczął słuchać jej uważniej - Wiesz, Synku, chętnie pospałabym dłużej rano, wyspałabym się za wszystkie czasy, ale choć nie mam sił, by rano wstawać, to pokonuję moją senność, znajduję siły, wstaję i daję radę, bo wiem, że czekacie na mnie i chcę razem z Wami zacząć dzień, pomóc się ubrać, zmienić pieluszkę Twojemu braciszkowi, przygotować śniadanko. Wilczku, czasem już tak jest, że po prostu TRZEBA DAĆ RADĘ, choć nie jest to proste.
Wilczek nic nie mówił, ale przestał płakać. Po pewnym czasie dotarli na górkę, gdzie świetnie się bawili zjeżdżając razem na sankach i przewracając w zaspach śniegu.
Wracając mama zapytała Wilczka:
- Czy jeszcze tak bardzo przeszkadza Ci śnieg padający w oczka i na buzię?
- Już tak bardzo nie.
- Wiedziałam, że Ci się uda! Pokonałeś własną słabość i dałeś radę! Brawo!
I nawet młodszy braciszek, usłyszawszy słowo "brawo", zaczął głośno klaskać w rączki.
- Brawo, brawo, brawo! - wołał Wilczek, który także był z siebie bardzo zadowolony.

Nauka jedzenia


Chciałabym opowiedzieć o moich przebojach z karmieniem chłopców, z uczeniem ich samodzielnego jedzenia (i w ogóle jedzenia). Każde dziecko jest inne i dlatego moje opowiadanie nie jest poradą, bo zapewne każdy ma swoje, pewnie inne niż moje, wyboje na drodze żywienia dzieci, ale jest opowiastką, jak to było u mnie.

Franio: jadł wszystko chętnie, od tzw. pierwszej marchewki po dziś. Przed nim nawet trzeba chować jedzenie, bo jak coś widzi, to od razu stwierdza, że jest głodny. Chętnie otwierał buzię na wszystko, nawet na jakieś papki, co zostawały po małym Jacku :-)
Największym problemem u Frania okazało się samodzielne jedzenie łyżeczką i picie z normalnego kubka. Wynikało to z tego, że Franek jest ogromnym estetą, od razu denerwuje się, gdy gdzieś coś jest brudne, nakapane, rozsypane. Gdy widzi, że ma jakiś nieład na stoliku, przy którym je, od razu melduje (niemal z płaczem) "Mamo, brudne!". Dlatego przy próbach samodzielnego jedzenia, gdzie na początku nieuniknione są rozlewania i spadania z łyżeczki, Franio od razu się denerwował i poddawał. Bardzo trudno było mi go zmotywować, że to normalne, że idzie nieźle itd. Dopiero robienie mu bardzo gęstej kaszki, która nie miała szans spadać z łyżeczki, uratowała sytuację. Zobaczył, że idzie mu coraz lepiej i nauczył się. Choć dziś najwygodniej mu jeść widelczykiem, bo lubi nakłuwać na niego wszystko co się da - nawet groszek.
Zaś nauka picia z kubka to był istny horror, no bo się wylewało i było mokro i brudno. I ostatecznie po tych wszystkich niekapkach, dziubkach, słomkach, kubkach o różnych kształtach i wzorkach, Franio się nauczył i do dziś każe sobie bić brawo, jak wypije herbatę z kubka. Jednak i tak czasem przychodzi i prosi o herbatkę, ale w butelce ze smoczkiem :-)
Jacek: do roku prawie nie jadł nic, poza mlekiem z piersi, bo nic nie chciał. Gdy próbowałam mu coś na siłę przemycić, to było jeszcze gorzej, aż tak, że jak widział łyżeczkę to była histeria. Ostatecznie odstawiliśmy jakiekolwiek inne jedzenie na 3 tygodnie i potem zaczynaliśmy od początku (jedna lekarka mi mówiła, że koniecznie musimy mu wprowadzać nowe pożywienie, bo inaczej będzie miał alergię i niemal na mnie nakrzyczała, że 5 miesięczny Jacek jest tylko na piersi. Ale to nieprawda. Nic mu się nie stało, że zaczął jeść później). Jacusiowi nic mu nie smakowało: ani obiadki ugotowane przeze mnie, ani kupne, żadne kleiki, kaszki, mleka modyfikowane, herbatki. Tylko jakieś deserki, ale tylko z bananem lub śliwką. Namaczałam mu chrupki kukurydziane w różnych smakach i tak trochę przemycałam. Próbowałam mieszać zupki z moim mlekiem, dawać przez smoczki, łyżeczką, przez smoczek z siateczką, do ręki, jakkolwiek - nic. Słabo się robiło, jak widziałam ten nieporządek dokoła Jacka, na włosach, podłodze, ścianach. Franio jak widział, że Jacek siada do jedzenia to krzyczał: "Daleko!". Najgorzej było z lekami.
Wszystko uratował czas i blw
Potem był problem z odstawieniem Jacunia od piersi, bo gardził wszelkimi kubkami, butelkami. Ale po kilku dniach lęku, że się odwodni, zaczął pić - najpierw łyżeczką z miseczki, potem przez słomkę, a potem z wszystkiego.

Jacyś rwie się do samodzielnego jedzenia i picia i szybko się uczy, woli sam. Oczywiście jest bałagan dokoła, no ale przynajmniej nauczy się szybciej niż Franio.

Za 3 dni minie miesiąc, od kiedy nie karmię Jacka piersią. Obecnie Jacek je i pije wszystko. Stał się takim samym obżartuchem jak Franio i też trzeba chować przed nim jedzenie :-). I uwielbia lekarstwa!

Konkursy na urodzinach


Nie mam dużego doświadczenia w organizowaniu przyjęć dla dzieci, jednak zdarzyło mi się już kilka razy organizować tzw. kinderparty - przyjęcia urodzinowe na roczek i 2 latka Frania i roczek Jacka. Dzieci nie było dużo - max 9, wszystkie w wieku do 3 lat, a impreza była w domu, gdyż pora roku nie pozwalała na zabawę na podwórku. Pewnie dopiero przede mną kolejne imprezy, ze starszymi dziećmi, może poza domem (ostatnio to bardzo modne), ale spokojnie, na razie Franio i Jacek jeszcze nie chodzą do przedszkola. Do rzeczy. Dla rocznych dzieci trudno przygotować konkursy, jednak dla 2 latków już prościej coś wymyślić. Tyle, że każdy 2 latek i tak rozwija się swoim tempem, więc poprzeczka nie mogła być za wysoka. Np. dzieci losowały z woreczka figurkę zwierzątka i musiały je nazwać i powiedzieć jaki dźwięk wydaje. Później zaś miały wycinanki i musiały dopasować odpowiednie kształty w dane miejsca i z pomocą rodzica przykleić je klejem, a na koniec puste miejsca wylepić ciastoliną.


Na razie tyle z moich doświadczeń, choć pomysłów jeszcze trochę mam, ale to i dzieci muszą być starsze, no i więcej miejsca by się przydało. Np. tor przeszkód: przejście przez rurę, pod krzesłem, po krześle, rzut piłką do wiaderka, skok przez linię - takie zabawy realizuję czasem z Franikiem i Jacysiem, jednak zorganizowane urodzinowe wyścigi trzeba by przeprowadzić na ogródku. Można wtedy wprowadzić dodatkowe konkurencje, np. bieg z wodą w kubku. :-) No cóż, może kolejne dziecko urodzi nam się w ciepłej porze roku? Albo wyprawimy imprezę bez okazji! Moja bardzo pomysłowa koleżanka Agnieszka urządziła tematyczne przyjęcie dla dzieci - wszystkie były przebrane za piratów, dostały mapę i szukały na ogródku skarbów! Super, prawda?

środa, 12 grudnia 2012

Domki

Nie mam doświadczenia w wychowywaniu dziewczynek (póki co), ale zauważyłam, że nasi chłopcy uwielbiają bawić się "w czymś", tj. w namiocie, kartonie, domku. Wystarczy dwa krzesła przykryć kocem i już jest świetna zabawa. Gdy został jakiś karton, to nagle stał się on sklepem Frania, albo namiotem, przed którym Franek urządzał z tatą biwak, rozkładali karimaty, zapalali latarki i gotowali obiad. Wszelkie namioty rozkładamy raczej na dworze, bo w domu namioty zajmują za dużo miejsca, ale kartonowe domki są dla nich doskonałą zabawą. Ostatnio w Lidlu były domki do kolorowania za niecałe 40 zł, ale niestety rozeszły się jak ciepłe bułeczki i po prostu nie zdążyliśmy żadnego kupić. No ale potem tato zrobił... (tzn. Mikołaj przyniósł) i w tej chwili Franio ma w nim warsztat i skrzynkę z narzędziami. Choć zdarza się, że woli układać w nim dywan z puzzli.
Tak więc, proponuję nie wyrzucać od razu zbędnych kartonów, styropianów, folii itp. Może być dobra zabawa!



Czas zacząć. Część druga.

Muszę się przyznać, że tworzenie bloga wymaga ode mnie niemałej odwagi. Przecież moje doświadczenie jako mamy dotyczy obecnie tylko dwójki dzieci, chłopców w wieku do 3 lat! Ileż jest mam, które mają większe doświadczenie, bo mają już starsze dzieci i więcej widziały, więcej słyszały, więcej motywowały, uczyły, wyciągnęły wnioski, zrealizowały masę pomysłów. Ileż jest mam, które mają większą gromadę i zdobyły doświadczenie o jakim ja nawet nie śnię. Dlatego miejcie świadomość, że mój blog - mimo, iż piszę w nim o pewnym doświadczeniu i pomysłach - jest pełen pokory. Czasem wydaje mi się, że przecież wszyscy to wszystko dobrze wiedzą, bo sami przez to przechodzili i nachodzą mnie wątpliwości w pisaniu czegokolwiek...
Mimo to zdecydowałam się i odważyłam na pisanie bloga, bo myślę, że trochę to mnie dowartościowuje. Że coś udało się osiągnąć, nauczyć czegoś dzieci, zorganizować dobrze czas, że podejmowanie wysiłku zawsze ma sens i się opłaca, choć efekty nie od razu są widoczne, że właściwie tego, co dzieci potrzebują najbardziej to: miłość do nich, miłość w rodzinie, poświęcony czas - nawet gdy ma się go mało i nie można postawić na ilość czasu, to trzeba - trzeba stawiać na jego jakość. Bo każdy wysiłek i bycie "dla dziecka" procentuje w nim w przyszłości, no i w jego dzieciach też :-)


Listy do dzieci


Kiedy po raz pierwszy byłam w ciąży i razem z mężem czekaliśmy na Frania, Marcin wymyślił, żeby pisać do Frania listy, żeby po latach mógł dowiedzieć się jak to było "tutaj", gdy był jeszcze w brzuchu mamy, żeby mógł poznać jak wyglądało nasze życie, gdy jeszcze był po drugiej stronie maminego brzuszka. I tak się zaczęło i trwa nadal, choć Franik ma już 2 lata i 8 miesięcy. Listy mają charakter informacyjny, ale też edukacyjny, poruszają kwestie ważne i niezbyt istotne. Przykładowo, podają nazwiska lekarza prowadzącego ciążę i odbierającego poród, informują o pierwszych zębach, słowach, krokach, uśmiechach, opisują śmieszne wydarzenia i wyczyny Frania, czy inne fakty z życia rodziny. Zawierają rysunki Franka czy pukiel jego ściętych włosów. Ale przede wszystkim przemycamy w listach bardzo ważne kwestie, dotyczące trudnych tematów, na które - mam nadzieję - będziemy w przyszłości rozmawiać. No, ale jeśli nasz nastolatek nie będzie od razu skory do rozmów, to będzie miał chociaż nasze zdanie wyrażone w listach do niego. Takie tematy to np. wiara w Boga, zakochanie się, zauroczenie, miłość, budowanie rodziny, seks, patriotyzm, powołanie, uczciwość, kłamstwo, cwaniactwo, sumienność itp. Planujemy podarować listy Franiowi na jego 15 urodziny, aczkolwiek zobaczymy jak wyjdzie naprawdę - może wcześniej? Zobaczymy.

Ja bym bardzo chciała dostać takie listy i czytać to, co przez lata napisali do mnie moi rodzice, wyobrażam sobie, że bardzo by mnie to ciekawiło, więc wydaje się, że taki pomysł jest super!
Oczywiście do Jacka też piszemy listy :-)

Kalendarz adwentowy

Dziś mija połowa grudnia, czyli mamy półmetek naszego kalendarza adwentowego. Serdecznie polecam takie kalendarze - to kolejni, obok rorat, pomocnicy w oczekiwaniu na święta Bożego Narodzenia.
W kalendarzu nie muszą być słodycze, lecz można kompletować np. ozdoby na choinkę, zwierzątka do stajenki (Franio upiera się przy aniołkach i nie wiedzieć czemu... świnkach). Mogą też być karteczki z narysowanymi, bądź napisanymi zadaniami na każdy dzień np. czyszczenie butów w dniu 5 grudnia, czy innego rodzaju porządki, nauka kolęd. Mogą też być kartki z niespodziankami, czy jakiś drobny upominek: książeczka, autko, no i ta ukochana czekolada :-)
Kalendarz adwentowy to kopalnia pomysłów! Powodzenia!

Wilczek na zakupach


Wilczek stał w oknie i wypatrywał tatusia. Nie mógł się doczekać jego powrotu do domu - dziś bowiem mieli pójść razem do sklepu. Tata obiecał, że dziś kupią ten wymarzony traktorek, którego brakuje Wilczkowi w jego kolekcji pojazdów rolniczych. Wilczek zapracował i zasłużył na taką nagrodę - codziennie starał się pomagać w domu, być uprzejmym i grzecznym dla innych, a przede wszystkim przez cały adwent chodził na roraty! Wilczek ucieszył się, widząc jak tato już zbliża się do domu - zaraz spełni się jego marzenie i wkrótce będzie mógł bawić się nowym traktorkiem.
Szybko zjedli obiad i ruszyli do sklepu. Wilczek nie miał problemu z odnalezieniem właściwej półki w sklepie. Od kilku tygodni przychodził i patrzył na traktorek. Dziś jednak nie był jedynym dzieckiem wpatrującym się w ten rolniczy pojazd. Obok Wilczka stał mały Skunks, który tak mocno zachwycił się traktorem, że nawet nie zauważył obok siebie Wilczka. Skunks zapytał swojej mamy:
- Mamo, czy kiedykolwiek będę mógł mieć taką zabawkę?
- Bardzo bym chciała, synku, podarować i kupić Ci to, o czym tylko marzysz - odpowiedziała mama - ale teraz nie mamy tylu pieniędzy...
Skunks posmutniał, ale dzielnie powiedział:
- Wiem mamusiu, że musimy oszczędzać i kupować teraz tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Ale nie martw się, ja nie potrzebuję teraz tego traktora. I nie martw się, tata na pewno niedługo wyzdrowieje, znajdzie dobrą pracę i będziemy mogli kupować już zawsze to, co potrzebujemy.
Mama uśmiechnęła się - Ja też wierzę, że wszystko się ułoży - Wzięła małego Skunksa za rękę i ruszyli na dalsze zakupy.
Wilczek i tata spojrzeli za nimi, a potem tatuś sięgnął traktor z półki i pospieszyli do kasy. Tato zapłacił i wręczył Wilczkowi jego nagrodę:
- Proszę, synku, to dla Ciebie - gratuluję, zasłużyłeś na niego!
Wilczek podziękował, uśmiechnął się, ale gdzieś w głębi serca czuł, że jego radość już nie jest tak wielka, jak wcześniej, gdy cały dzień czekał na tatę i nie mógł się doczekać jego powrotu,
- Czy możemy usiąść na chwilę? - zapytał tatusia,
- No dobrze - odparł tato.
Siedzieli więc na ławeczce przy kasie, a Wilczek patrzył na swoją nową zabawkę, obracał ją w skupieniu i co jakiś czas patrzył na klientów czekających w kolejce do kasy. Tato siedział obok Wilczka i nic nie mówił, bo wiedział, że jego synek rozważa pewną bardzo ważną sprawę.
W końcu przy kasie znaleźli się pani Skunksowa i Skunks. Mieli w koszyku niewiele, zaledwie chleb, kilka warzyw i mleko. Tata Wilczka zauważył, że nagle jego synek wstał, podszedł do Skunksa, coś mu cicho powiedział, oddał swój traktor, a potem szybko wrócił, wziął tatę za rękę i wyszli razem ze sklepu i ruszyli w stronę domu. Obaj milczeli. W końcu jednak Wilczek rzekł:
- Lepiej jest dawać niż otrzymywać.
A tatuś przytulił synka bardzo, bardzo, bardzo mocno i powiedział:
- Jestem najdumniejszym tatą na świecie.


Mamo! Musimy odśnieżyć plac zabaw!

Tak właśnie powiedział Franio, gdy kolejny dzień sypie śniegiem. Nikt przecież nie upiera się, że zabawki  do piaskownicy są tylko do piasku!

Czas zacząć. Część pierwsza.

Czas zacząć. 
Blog opaty jest o zagadnienie rodziny i dzieci. Obecnie, gdy jestem na urlopie wychowawczym i nie muszę godzić pracy zawodowej z domem, kiedy jestem troszeczkę "odcięta" od codziennych zawodowych spraw, czy plotek firmowych, jeszcze bardziej "zakorzeniłam" się w domu i właściwie jest on całym moim życiem. Oczywiście nie mam na myśli domu, jako mieszkania, ale Dom, jako ludzi, rodzinę, Marcina, Frania, Jacka. I w tym momencie - jak i w każdym innym, choć teraz szczególnie, gdy dzieci wypełniają całe moje życie - muszę pamiętać, że dzieci nie są nam dane na zawsze. Mimo ogromnej miłości i przywiązania muszę pamiętać, że kiedyś chłopcy odejdą i pójdą własną drogą, a ja na to pozwolę, bo "dzieci wasze nie są waszymi dziećmi (...) przechodzą przez Was, lecz z Was nie pochodzą (...) i chociaż są z wami nie do was należą (...). Jesteście łukami, z których dzieci wasze, niby żywe strzały, wysyłane są w przyszłość".
Nie wychowujemy Frania i Jacka po to, abyśmy nie byli samotni na starość, lecz po to, aby potrafili samodzielnie kroczyć przez życie i aby potrafili oddać swoim dzieciom to, co sami otrzymali od swoich rodziców - miłość, wiedzę, wiarę itd.
Największą nagrodą za możliwość wychowywania dzieci będzie to, że wychowamy ich na samodzielnych, mądrych, wartościowych ludzi. Oby się udało! 
Oby to pozwolenie im odejść, było takie proste, jak się pisze... Tymczasem wracam do pieluch, ząbkowania i obecnych wyzwań. No cóż, na wszystko w życiu jest czas. I dobrze!