piątek, 21 czerwca 2013

Nieznajomi

Czy zdarza się Wam, że zaczepiają Was jacyś nieznajomi na ulicy, żeby powiedzieć coś na temat Waszych dzieci? Nam ostatnio dosyć często. Jedna starsza pani po prostu zapytała jaka jest różnica wieku między Franiem i Jackiem i zaczęła opowiadać, jak to ona kiedyś też byłą młodą mamą. W porządku - nawet było sympatycznie.
Druga pani w sklepie przy kasie, jak rozładowywałam zakupy do skasowania, a Jacek próbował je dosięgnąć (m.in. pierniki i czekolada kupiona jako prezent), odezwała się z pytaniem, czy on (tj. Jacuś) je już pierniki. Ja mówię, że zaraz spróbujemy. A czy czekoladę też? No też. Pokiwała głową z niesmakiem, spojrzała na butelkę Jacka ze smoczkiem, która wystawała z mojego plecaka i powiedziała: to po co mu ten smoczek?
Na początku aż zaczęłam mieć wątpliwości. Może faktycznie nie powinnam dawać mu piernika, bo tam jest miód, a to ponoć silny alergen, a Jacuś jest trochę atopowy. Ale potem pomyślałam, że kurczę blade, ta kobieta nic o mnie nie wie. Nie wie, że nie żywię dzieci wyłącznie słodyczami, że w mojej kuchni znajdzie i kaszę jaglaną, i owoce, i warzywa i czekoladę też. Nie wie, że łatwej zabrać na spacer butelkę ze smoczkiem, którą Jacek uwielbia, niż soczek ze słomką, który jak ściśnie kartonik to na 100% będzie miał mokrą i brudną koszulkę (a w upały musimy pić dużo). Nie wie, że Jacek nie używa smoczka, więc picie z butli nie jest dla mnie przestępstwem. A nawet gdyby pił tylko ze smoczków i spał ze smokiem, i chodził ze smoczkiem to przecież, czy to jej sprawa? Może to z troski o zęby, które mogą się wykrzywić po smoku? A może nie pasowało jej, że skoro Jacek jest taki duży, że nawet jada piernika i czekoladę, to duże dzieci nie powinny pić ze smoczka? Taka przykra była ta krytyka. Dobrze, że nie było wtedy ze mną Frania, bo od razu by pytał: "A co pani mówi?". "Krytykuje mnie, synku, że daję Wam słodycze?". "A czemu?". "Bo nie są zbyt zdrowe a dzieci powinny odżywiać się zdrowo. To od dziś, Franio, nie będziecie jeść słodyczy. Tata i ja będziemy, ale Wam wolno tylko patrzeć". Ciekawe, jak by to wyglądało. Taki jest nasz dom, że lubię czekoladę i czasem się nią częstujemy - i dzieci też - w końcu są też domownikami, częścią rodziny, naszymi małymi przyjaciółmi. Może kiedyś zrezygnuję ze słodyczy, ale teraz kompletnie nie mam na to ochoty. 
Innym razem szłam z chłopcami do sklepu po cebulę (była naprawdę pilnie potrzebna do tortilli na obiad, a wcześniej nie zauważyłam, że już zabrakło cebuli w domu). Idziemy w stronę sklepu, a Jacek zaczyna ciągnąć w innym kierunku - na plac zabaw. Tłumaczę mu, że pójdziemy na plac, ale najpierw musimy pójść po cebulkę. Nie dało rady. Co zaczynałam mówić, Jacek krzyczał coraz głośniej i nie słuchał co próbowałam mu powiedzieć i płakał. Niosłam go na rękach żeby nie uciekał (tym bardziej, że tam jeździły samochody). Franek też płakał (denerwował się, że Jacek tak płacze). Generalnie sceny dantejskie na pół ulicy. Z tego płaczu Jacek nawet zwymiotował. Masakra. Już nie wiedziałam co robić, jak go uspokoić, bo nawet nie chciał mnie słuchać. Jak przytulałam to odpychał. Aż podeszła pani nieznajoma, która wszystko słyszała i widziała (w końcu szła za nami i trudno nas nie było widzieć, a tym bardziej nie słyszeć) i zaczęła mówić do Jacka (już usłyszała jak ma na imię) i dopiero jej zaczął słuchać, mimo iż mówiła to samo, co ja. Mówiła spokojnym głosem: "Jacusiu, musisz iść z mamą do sklepu po cebulkę, żeby mama mogła ugotować obiad, żebyście zdążyli przed zamknięciem sklepu" - było to około południa więc zamkniecie sklepu nam nie groziło, ale obcy, spokojny głos, którego Jacuś po prostu posłuchał, sprawił, że Jacek bez problemu pomaszerował do sklepu, a co więcej nie pozwolił zabrać sobie cebuli. Na placu zabaw położył ją koło zjeżdżalni, nie pozwolił schować do plecaka, a w drodze do domu trzymał ją cały czas w ręce. Ta pani nieznajoma bardzo nam pomogła.

Tak zastanawiałam się jaką ja jestem nieznajomą. Na pewno nauczyłam się nie krytykować i nie oceniać innych, bo każdy ma inne dziecko. Nie oceniam, że np. ale zła matka, bo jej całkiem duże dziecko biega po placu zabaw ze smoczkiem w buzi. Bo może to dziecko naprawdę teraz tego smoka potrzebuje i tej mamie trudno go oduczyć, tak jak mi trudno nauczyć Frania jeść zupę. W końcu i jej i mi się kiedyś uda. Nie krytykuję więc za czekoladę, pierniki i inne rzeczy, bo zakładam że każda mama wie najlepiej, a ja nie wiem o niej i o jej dziecku nic. Chyba tylko na patologię i bicie trzeba zwracać uwagę (nawet jest taka kampania: kocham nie biję, nie krzyczę, reaguję, mam czas). Na placu zabaw spotykałam pewnego trzylatka z jego babcią, która co chwilę mówiła do niego: "Ale gapa z ciebie". Gdy kiedyś temu chłopczykowi powiedziałam, że podoba mi się to, co zrobił, to się uśmiechnął. Szkoda, że nie babcia, tylko ja.
Dwa dni temu zwróciłam uwagę pewnej innej babci, że proszę, żeby nie paliła papierosów na placu zabaw. Jestem już taka, że jestem wyczulona na ten smród i dziwię się palaczom, nie tylko dlatego, że rujnują swoje zdrowie i tracą pieniądze, ale że nie przeszkadza im ten smród, śmierdzące włosy, ubrania, firany. Wszystko. Gdybym szła z dziećmi posiedzieć pod budką z piwem to istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś tam będzie fajczył, ale idąc na plac zabaw zakładam, że to miejsce dla dzieci, gdzie się nie pali, a jeśli już ktoś naprawdę musi, to odejdzie na bok lub chociaż zapyta, czy komuś to nie przeszkadza. Niestety, nieznajoma babcia na moją prośbę stwierdziła, że przesadzam, że przecież to powietrze, a ja nie poczułam papierosa z okolic zjeżdżalni (ona paliła przy piaskownicy), tylko się po prostu odwróciłam i ją z tym petem zobaczyłam. No i wywiązała się dyskusja, że dbam by moje dzieci unikały palaczy i plac zabaw jest takim miejscem, a ja jestem bardzo wyczulona na ten zapach, że nie chcę by truła moje dzieci. Ona nic sobie z tego nie zrobiła stwierdzając że jestem wariatką. Może i jestem. Ale mam do tego prawo. Mam prawo zwrócić uwagę. Czy odniesie ona skutek? Nie wiem.
Takie to jakieś trudne. Czy zwracać uwagę jeśli widzimy jakieś zło, żeby mieć czyste sumienie, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, zamiast udawać, że się nie widzi lub stwierdzić, że jakoś damy radę przetrzymać to zło? Czy może lepiej nie, bo nie znamy całej sytuacji i niepotrzebnie się wtrącimy? Nie wiem. W każdym razie kupowanie pierników nie było złym zachowaniem - to było niepotrzebne wtrącenie :-)
To my jesteśmy dorośli - musimy decydować tak, jak czujemy. Mamy prawo bronić innych. Przecież zwrócenie uwagi nie jest jednoznaczne z odebraniem dzieci rodzicom, nawet jeśli nie są wzorowi.
Bądźmy mądrymi nieznajomymi. Reagujmy - gdy trzeba. Nie krytykujmy - gdy nie musimy. Gdy możemy kogoś pochwalić - pochwalmy i zróbmy komuś przyjemność (ostatnio powiedziano mi, że wyglądam na góra 25 lat - to było miłe). Gdy możemy pomóc - pomóżmy.



Za dwa dni jedziemy na wakacje. Pogoda ma się akurat popsuć :-) Ale i tak będzie fajnie. Nasza czteroosobowa rodzinka w komplecie bez stresów i pośpiechu. To będzie dobry czas.
Pozdrawiam.

piątek, 14 czerwca 2013

Rutyna

Tak sobie wczoraj myślałam o rutynie. O tym, jaką atrakcją dla dzieci jest wizyta u kogoś innego w domu (u dziadków, kuzynów, kolegów), zabawa jego zabawkami, o tym, że mimo, iż place zabaw są fajne, to jednak atrakcją jest zrobienie czegoś innego lub chociaż gdzieś indziej, niż zazwyczaj. Rutyna: wstawanie, mycie, ubieranie, pacierz, śniadanie, bajka, spacer, drzemka, obiadek, zabawa w domu, powrót taty, wyjście lub zabawy w domu itd. itd. itd.
Z jednej strony taki rytm to same plusy: dzieci wiedzą czego oczekiwać (np. Franio tak lubi), ja wiem kiedy mogę sobie zaplanować coś co muszę zrobić, kiedy będę miała chwilę swojej pauzy. Z drugiej strony jeśli ktoś sztywno trzyma się rytmu to ma ograniczone możliwości zrobienia czegoś innego: teraz nie możemy wyjść bo dzieci są zmęczone i muszą mieć drzemkę, a teraz z kolei musimy poczekać aż zjedzą, bo inaczej będą głodne. Z "trzeciej" strony rytm może zbrzydnąć - rutyna, rutyna - wciąż to samo. I znów ktoś powie: niech się przyzwyczajają - czeka ich w przyszłości rytm: dom, praca, dzieci, dom, praca, dzieci...
A jednak to my jesteśmy organizatorami naszego czasu i to my, choć musimy się podporządkować pewnej rutynie (praca, dom, dzieci - drzemka, obiadek, spacer) możemy sobie fundować różne atrakcje. Zaplanować ciekawie weekend, nie martwić brakiem drzemki tyko pozwolić spać dziecku w wózku, samochodzie, nosidle, na rowerze (fakt, że my nie mamy wtedy chwili oddechu w domu lub czasu, żeby nadgonić prace domowe) i zrobić coś inaczej niż zwykle. Nie dajmy się zwariować, nie wpadajmy w skrajności i postawmy na słynny złoty środek.
Właśnie wczoraj zrobiliśmy z chłopcami coś inaczej. Miałam wczoraj do załatwienia pewną sprawę w innej części miasta. Pewnie normalnie wpakowałabym chłopców do auta i byśmy pojechali załatwić co tam trzeba. Ale pomyślałam: zróbmy atrakcję! Zorganizowałam im wycieczkę autobusową, potem znaleźliśmy inny plac zabaw, potem pojeździliśmy tramwajem, a potem znów innym autobusem. Wózka nie brałam, bo Jacek zaczyna już nim gardzić, więc po co mi niepotrzebny bubel do pchania i ładowania do autobusów? Wzięłam nosidło na plecy, jakby Jacka już nogi bolały, bo mieliśmy sporo do przejścia. Zaopatrzona w picie, jedzenie, zabawki na plac zabaw, nawet książeczkę gdybyśmy długo musieli czekać na autobus ruszyliśmy kupić bilety. Tak naprawdę niby nic i nie spodziewałam się takiej reakcji-atrakcji! Chłopcy byli zachwyceni! Franio może nie tak bardzo jak Jacek, bo już nieraz jeździł środkami komunikacji miejskiej. Jacek też, ale albo nie pamiętał albo jak był młodszy nie robiło to na nim takiego wrażenia jak dziś. Jacyś popłakał się gdy musieliśmy wysiąść z autobusu, gdy już był nasz przystanek. On jest fanem autobusów (nawet ma taki do spania) i chciał jechać dalej. W tramwaju aż zaniemówił. Spędziliśmy naprawdę miłe, ciekawe, atrakcyjne, po prostu inne popołudnie. Chłopcy wrócili zmęczeni - emocjami i marszem (Jacek ani razu nie wsiadł do nosidła) - ale zadowoleni. Kolację wcinali, aż im się uszy trzęsły - nawet Jacka nie musiałam specjalnie gonić, by jadł.
To my jesteśmy organizatorami naszego czasu. A jeśli dzieci wyczują, że my potrafimy być ponad rutyną i organizować atrakcje, istnieje szansa, że w przyszłości również będą aktywni i rutyna w postaci "dom, praca, dzieci" ich nie pokona.

czwartek, 6 czerwca 2013

Sie je je

Ostatnio mąż i chłopcy wrócili z zakupów z Ikei z różnymi nasionkami, jak oregano, czy melisa. Nie wiedziałam, że w Ikei coś takiego sprzedają, a jednak. Zielone kubeczki, specjalne nasionka do zasiania i nawet ziemia. Tata z Frankiem pięknie wszystko przygotowali (nawet zrobili szklarnię z butelki) i patrzymy sobie codziennie na postępy w rozwoju naszych roślinek. Nawet fajna sprawa. Chłopcy muszą pamiętać o podlewaniu i troszkę się wkręcili. Co prawda efekt wzrostu nie jest tak szybki jak w przypadku wielkanocnej rzeżuchy, czy gdybyśmy mieli tu w doniczce fasolkę, ale i tak uważam, że na dobry pomysł wpadł mój kochany mąż, żeby pobawić się z dziećmi w ogrodnika. Polecam. Nie tylko raz na rok rzeżuchę, ale dlaczego nie spróbować czegoś więcej i częściej?

sobota, 1 czerwca 2013

Nie cierpię pociągów

Może macie jakieś zabawy, w które nie lubicie się bawić z dziećmi - w każdym razie ja z pewnością mam. Nie cierpię bawić się z Franiem jego ciuchciami. Generalnie jak słyszę prośbę, by się z nim pobawić pociągami, że ja będę jeździć taką czy siaką lokomotywą, to już mi się nie chce. Nie wiem skąd ta alergia na ciuchcie, ale jeżdżenie nimi wybitnie mnie nudzi. Nie wiem do czego to porównać - może gdyby tata miałby się bawić w przebieranie lalek? Jeszcze wspólne budowanie trasy jest dość ciekawe - trzeba pomyśleć jak połączyć te wszystkie zwrotnice, by całość do siebie pasowała, by powstała porządna trasa, ale samo jeżdżenie i pchanie tych ciuchci jest zdecydowanie nie dla mnie. Wymyślanie z Franiem fabuły, po co i gdzie te ciuchcie jadą również jest dla mnie męczące (ciekawe, że te same fabuły w zabawie samochodzikami jakoś mnie nie męczą). Co więc robię? Żeby nie zasnąć i mniej się męczyć próbuję w zabawie przemycić jakieś fabuły z pewnym problemem, z którym często zmagamy się z Frankiem, żeby zobaczył jak sobie radzą z tym jego ulubione ciuchcie. Może przykład: Franio często mówi, że on czegoś nie da rady zrobić i że nigdy się czegoś nie nauczy, toteż w zabawie wymyślam, że jakaś lokomotywa nie może czegoś zrobić (np. wjechać na wzgórze) i wtedy prowadzę z nią dialog - lokomotywa używa słów Frania, że nie da rady, nigdy sobie nie poradzi, a ja, że spokojnie, że trening czyni mistrza, że jej pomogę, że powoli, a na pewno się uda, jak nie od razu to za jakiś czas. Oczywiście ostatecznie udaje mi się podjechać tą ciuchcią na to wzgórze, żeby problem zakończył się sukcesem. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy ma to jakiś wpływ na Franka, ale przynajmniej próbuję. Poza tym wymyślanie przydatnych dla Franika fabuł pomaga mi przetrwać tę nudną dla mnie zabawę (Franio wie, że za nią nie przepadam, ale czasem nie mam serca mu odmówić).